Stoisz przy półce z miodem. Słoik Manuką kosztuje 150 zł, a obok stoi słoik miodu wielokwiatowego za 12 zł. 12 razy więcej za to samo. Logiczna reakcja: to musi być marketing. Tylko że nie jest. Za ceną miodu Manuka stoi kilka rzeczy, które możesz sprawdzić i zweryfikować.
Krótki sezon zbiorów
Krzew Manuka kwitnie od dwóch do sześciu tygodni w roku, zazwyczaj od listopada do stycznia na półkuli południowej. To jedyne okno, w którym pszczoły mogą zebrać nektar z kwiatów Manuką. Przegap sezon i nie ma drugiej szansy do następnego roku. Pszczelarz musi dokładnie trafić z ulem w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie, co w Nowej Zelandii oznacza transport uli ciężarówkami lub helikopterami do odległych, dzikich terenów.
Niska wydajność ula
Jeden ul w sezonie kwitnienia Manuką produkuje od jednego do kilku kilogramów miodu, czyli kilka słoiczków. Zwykły ul w sezonie w Polsce produkuje wielokrotnie więcej. To prosta matematyka: mniej miodu przy tych samych kosztach prowadzenia pasieki.
Certyfikacja i badania laboratoryjne
Każda partia certyfikowanego miodu Manuka musi przejść badania laboratoryjne potwierdzające poziom MGO, autentyczność gatunkową i czystość mikrobiologiczną. To nie jest jednorazowy koszt: każda partia, każdy LOT. Dobrzy producenci zlecają te badania niezależnym laboratoriom, co jest kosztowne, ale uczciwe wobec kupujących.
Rzetelny producent publikuje certyfikaty do każdej partii miodu. Na słoiku lub w sklepie internetowym powinieneś znaleźć numer LOT i możliwość sprawdzenia certyfikatu dla tej konkretnej partii. Brak certyfikatu to sygnał ostrzegawczy.
Ochrona nazwy przez rząd Nowej Zelandii
Od 2018 roku nowozelandzkie Ministerstwo Przemysłu Podstawowego (MPI) wprowadziło oficjalną definicję miodu Manuka. Miód eksportowany z Nowej Zelandii pod tą nazwą musi spełniać określone standardy chemiczne i biologiczne, które potwierdzają, że pochodzi z nektaru krzewu Leptospermum scoparium. To ogranicza podaż do produktów, które rzeczywiście są tym, za co się podają.
Wysoka cena miodu Manuka wynika z krótkiego sezonu zbiorów, niskiej wydajności ula, kosztów transportu i certyfikacji laboratoryjnej. To nie jest marketing. To realne koszty produkcji produktu, którego nie można wytwarzać w dowolnym miejscu ani dowolnym czasie.

